czwartek, 20 sierpnia 2015

Dzieci podzielone na pół

Hej ho!
creative danceNie wiem czemu, ale brakuje mi postów, w których mogłam się wygadać, wypłakać, wyśmiać, czy po prostu wyżalić. Dlatego, chyba znowu zacznę takowe teksty pisać.
Największy wpływ na dzisiejszy wpis miało pytanie mojej mamy, które zadała mi o jakiejś jedenastej w nocy:
"Gdzie wolałabyś mieszkać, u mnie, czy przenieść się do taty?".
Nie chodzi o to, że moi rodzice się rozwodzą, wtedy to pytanie tak mnie nie zdziwiło...
Moi rodzice już są rozwiedzeni.
I przyznam się, że po usłyszeniu tego pytania zachciało mi się płakać.
 Ja nie przeżyłam rozstania rodziców jakoś specjalnie. Nawet spodziewałam się tego, bo dało się coś wyczuć w powietrzu. Oczywiście nie chodzi o to, że mnie nie dotknęło, ale nie płakałam...
Aunque no hubiera estado obligada a ir, yo lo habría suplicado. Ahora soy útil, supongo.- IrisSzczerze to prawda, że dzieci najgorzej przeżywają rozwody. I to nie jest tylko kilka chwil, w których decydują z kim wolą zostać, albo kiedy sąd to robi za nie. Rozwód trwa przez resztę ich życia.
Ja i mój brat jesteśmy na to żywymi dowodami.
Cały czas krążymy od jednego miejsca do drugiego, zawsze gdzieś pomiędzy, nigdy na miejscu. Wszystko przeżywamy podwójnie. Wszystkie święta, urodziny, imieniny, rocznice razy dwa, z odwieczną walką o termin. Poświęcać i jednej i drugiej stronie wystarczająco czasu. Szybko decydować i wypełniać swoje plany. Żyć szczęśliwie między ludźmi, którzy kiedyś siebie kochali, a teraz nawet nie patrzą na siebie na ulicy.
Czasem czuję się jak marionetka, która zrobi wszystko, jeśli tylko pociągniesz za odpowiedni sznurek.
Nie życzę nikomu rozwodu, nawet największemu wrogowi.
I nikomu nie życzę podejmowania decyzji w tak młodym wieku.

Rozlałam siebie po równo
Do kilku szklaneczek
Po to by nikomu mnie nie zabrakło
Tylko jedna z nich została pusta
Chyba zapomniałam o sobie

rozerwany Zmarzluch

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Czy to źle być drugim?

Hej ho!
Ostatnio czytywałam tylko fantastykę, nie miałam ochoty na poznawanie papierowych bohaterów ze zwykłymi życiowymi problemami. Jednak kiedy poszłam do biblioteki i spojrzałam na półkę z fantastyką, pomyślałam, że przydałoby się na trochę wrócić na ziemię i zaszczycić ją dotykiem moich stóp.
Tak właśnie do ręki trafiła książka Ewy Nowak pod tytułem "Drugi". Nie ma chyba lepszych książek, które wyciągną cię z fantastycznego świata książek fantasy.
Wcześniejsze wydania:Tym razem poznajemy dwie rodziny - Szybalskich, czyli ojca Adama, który jest tłumaczem i musi sobie radzić z wychowaniem dzieci bez żony, Emila, świetnego matematyka, który w chwilach między korkami planuje swój ślub i Arka wstydliwego licealistę, który ma straszne kompleksy na punkcie swojego jąkania. Drugą familią są Chabrosowie w składzie: Ilona - bizneswoman, która ma fioła na punkcie samodoskonalenia siebie i swoich synów. Hadrian - przystojniak, który musi prowadzić podwójne życie, żeby wyjść ze swoimi kolegami. No i Alan najmłodszy Chabros, który od samego urodzenia katowany jest angielskimi słówkami i nazwami figur geometrycznych.
W książkach Ewy Nowak jak zawsze poruszanych jest wiele tematów, w tej między innymi: pierwsza miłość, młodzieńcza depresja, czy też oddalenie się dziecka od rodzica.
Cóż muszę się przyznać, że uwielbiam książki tej autorki. Pokazują świat takim jaki jest, bez specjalnego upiększania. Tam nikt nie jest doskonały i nikt nie zawsze postępuje słusznie, często na drodze do szczęścia bohaterów stają błędy, które niegdyś popełnili.
Niektóre zachowania bohaterów jak zawsze mnie wkurzały, irytowały niektóre momenty, ale to chyba jest właśnie cały urok tej serii, że nie jest idealna i to sprawia, że jest wyjątkowa.
Ta część serii nie zostaje w tyle i tak jak reszta zachwyciła mnie swą niedoskonałością.
Jednak to tylko moja opinia, sami musicie się przekonać czy jest trafna.

drugi Zmarzluch

sobota, 15 sierpnia 2015

Pożegnania są trudne

Hej ho!
Cóż, wakacje niedługo się skończą, a ja już teraz muszę się żegnać. 
Nie z wami, spokojnie, ale z moją kuzynką.
Można powiedzieć, że przedtem nie miałyśmy ze sobą jakichś świetnych kontaktów, ale teraz wszystko się zmieniło. I dzięki niej moje wakacje są niesamowite.
Natalka i ja jesteśmy do siebie podobne, to dziwne bo zawsze myślałam inaczej.Od dziecka wydawało mi się, że zadziera nosa i mnie nie cierpi, ale się myliłam. To tylko potwierdzenie tego, że nie można oceniać innych po pozorach.
Niestety, nie mieszka już w moim mieście i musi wrócić do siebie.
Już nie będę miała z kim śpiewać "Skyfall" albo "There is a party", kto będzie ze mną grał w badmintona i bił się ze mną i Karolką. Kto będzie robił siarę na pół miasta, kiedy Olka nie będzie wychodziła. Kto pośmieje się z moich wpadek z dzieciństwa i nie tylko?
Niestety nie wiem, wiem tylko, że muszę się z nią dzisiaj pożegnać. I będzie to trudne.
Wiem, że ona nigdy nie trafi na mojego bloga, bo trochę się go wstydzę, no ale...
Dziękuję Ci za wszystkie wspólne chwile i za nasze dzikie śpiewy, i za to, że robisz mi siarę. Za to, że wygłupiasz się ze mną i śmiejesz tak szczerze z moich nieśmiesznych żarcików.

rodzinny Zmarzluch
 P.S. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie dodała tu jednej piosenki, która okropnie nam się spodobała, i którą będziemy śpiewać w każde wakacje. "Orki z Majorki"!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Letni błąd

Hej ho!
Fala upałów zmusza mnie do siedzenia w domu i lenienia się przy książce, jednak zamiast ukojenia i relaksu, znalazłam niezłego, męczącego bubla.
Cóż jeśli niektórzy znają mnie z lubimyczytać.pl wiedzą, że ostatnio czytałam książki z serii Miłość na kołku.
Nie recenzuję ich, ponieważ już oceniłam jedno z dzieł i o całej serii myślę tak samo jak o innych częściach.
No, ale ja będę dzisiaj pisała o "Nieśmiertelnym", czyli cienkiej książeczce, którą wypożyczyłam tylko po to by zapełnić torbę z biblioteki. I tylko po to by nie wychodzić w taki upał z domu.
To był błąd...
Sama okładka mnie nie zachwycała, wydawała się toporna, oldschool'owa (ale w tym złym stylu), wręcz odstraszająca... No wiecie pierwsze wrażenie - NIE BIERZ TEGO IDIOTKO!!
Jednak lubię robić wiele rzeczy wbrew sobie i wzięłam ją.
Fabuła nie jest jakoś specjalnie zła. Historia ma polot i na prawdę mogłaby być ciekawa, tylko wszystko psuje główna bohaterka.
Evie wyjeżdża do szkoły dla dziewcząt w Wyldcliffe, ponieważ nie ma się kto nią zająć, a dzięki tacie, który jest żołnierzem dostaje stypendium. Pomyślicie sobie "Farciara", która z nas nie marzyła o wyjeździe do szkoły z internatem, gdzie będziemy same o sobie decydować. Jednak Evie jest innego zdania i cierpi z tego powodu. Jednak pojawia się chłopak, który wszystko odmienia, ale tajemnicza dziewczyna w bieli zakłóca jej spokój.
Tajemnice szkoły, jej tradycje i niesamowite korytarze spadają na drugi plan, co jest bardzo złe. W całej książce poznajemy tylko kilka osób co może nam przeszkadzać, do tego są tak płytkie jak kałuże na autostradzie w Ameryce. Wszystkie idealne i bogate, oprócz naszej małej, co chwilę mdlejącej bohaterki ( naprawdę? naprawdę!? ). 
Mówiąc już o bohaterce... Jest głupia, bo inaczej nie umiem jej nazwać...
Kto ufa chłopakowi po jednym spotkaniu i co noc wymyka się dla niego ze szkoły. Zakochuje się po tym jak ze dwa razy dotknął jej włosów no i wsiada z nim na konia, by pojechać nie wiem gdzie...
Dziewczyna chodzi do szkoły, jednak czytając książkę, wydawało mi się, że jest na obozie, na który nie chciała jechać...
Cóż nie wiem czy sięgnę po drugą część, ponieważ ta mnie zmęczyła... Książki nie polecam, ale jak zawsze przeczytajcie sami i sami zdecydujcie, czy była godna waszego czasu...

nieśmiertelny Zmarzluch

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Przeniesiona w czasie

Hej ho!
No, cóż, mamy już sierpień, minęła połowa wakacji, a ja nadal nie zrobiłam niczego produktywnego...
Chociaż poczytałam...
Marina, de Carlos Ruiz ZafónNo właśnie, poczytałam, a nawet przeczytałam powieść, która wciągnęła mnie i rozszarpała moje wnętrzności, tylko po to by później mnie wypluć i porzucić z wielkim bólem i niedosytem wrażeń...
Ta okrutna książka to "Marina" Carlos'a Ruiz'a Zafon'a.
Do tej pory przeczytałam tylko dwie książki i miałam nadzieję, że ta także mnie nie zawiedzie no i trzeba przyznać nie zrobiła tego.
Marina” by Carlos Ruiz ZafonW dziele swoją opowieść snuje Oscar Drai, który jest wychowankiem barcelońskiego internatu, który jest zafascynowany światem pałacyków, które utrzymują się tylko dzięki minionym chwilom i tęsknym wspomnieniom. Przez swoją ciekawość poznaje Marinę i jej ojca, z którymi spędza wiele czasu. Niestety ciekawscy młodzi odkrywają tajemnicę rodem z horroru...
Muszę od razu powiedzieć, że styl pisania i sposób posługiwania się słowem Zafon'a jest dla mnie zachwycający i nie wydaje się w żaden sposób sztuczny. Jest wręcz zaczarowany i choć wśród gęstwin zdań znajdują się trudne słowa, to ich odbiór nie jest wcale, a wcale trudny.
Historia jest świetnie wymyślona, wszystkie postacie przemyślane, a ich losy często zaskakujące, trzeba przyznać, że Zafon zna się na rzeczy, a gdyby to dobrze zekranizować to według mnie mogłoby to dostać Oskara.
Według mnie "Marina" jest wyśmienitą lekturą dla tych, którzy lubią poczuć lekki dreszczyk emocji, wzruszyć się, lub pozastanawiać się nad tajemnicami Barcelony albo przenieść się w czasie do tego tajemniczego miasta.
Oczywiście to tylko moja opinia, sami przeczytajcie by się przekonać, czy wam się spodoba...

barceloński Zmarzluch

środa, 29 lipca 2015

Wcale nie jest ciemno...

Hej ho!
No dzisiaj będzie wspaniałe południe, choć ranek sobie już zniszczyłam czytając książkę, która jest obrazą dla fanów fantastyki, wampirów i nadnaturalnych postaci...
A mówimy dokładnie o książce pani Claudii Gray, która po wypróbowaniu wielu zawodów, m. in.: prawniczki, dziennikarki, czy podobno beznadziejnej kelnerki, postanowiła stać się pisarką i natchniona sukcesem "Zmierzchu" napisała wampiropodobnego gniota. 
Może pomyślicie, że się czepiam, pewnie właśnie myślicie "Znawczyni się znalazła!". Jednak to prawda. Mówię tak dokładnie o "Wiecznej nocy", książce, która nie urzekła mnie pod żadnym względem, nawet nie wiem dlaczego znalazła się w moich łowach bibliotecznych, bo nic mnie w niej nie zachwyca, nawet okładka.
Przybliżając fabułę... W książce chodzi jak zawsze o zakazaną miłość, w tym przypadku człowieka, no i jakby się miało wydawać człowieka, ale o tym później, wśród nieprzychylnych dorosłych i nastolatków. W tle dziwaczna szkoła z samymi perfekcyjnymi uczniami, ciągle młodymi nauczycielami i "masą nauki".
Mogłoby się wydać ciekawe, ale nie, nie jest. Sam początek jest dość przewidywalny, chociaż nie poprawka, wszystko jest tam przewidywalne, nawet to, że rodzice głównej bohaterki są wampirami i że nasza rudowłosa Bianka jest nim tylko w połowie (Boże tego nawet nie da się uznać za spojler!) Nie wiem czy autorka chciała wywrzeć na czytelniku konsternację, zagubienie, czy sprawić by poczuł się oszukiwany przez cały czas, ale nie wyszło to na dobre!! Do tego te okrutne opisy, nawet jeden zacytuję:
"Patrice miała skórę w kolorze rzeki o wschodzie słońca - chłodnego, delikatnego brązu[...]".
I wszędobylskie "iż", zamiast "że". Rozumiem gdyby język był stylizowany, ale myślę, że na codzień my nastolatkowie nie posługujemy się tak wyrafinowanym językiem...
Historia jest toporna, a "wątek detektywistyczny"(jeśli mogę to tak nazwać) był przewidywalny, głupi i bez sensu.
Zazwyczaj my czytelnicy wybierając książkę posługujemy się informacjami podanymi z tyłu... Tym razem są one zupełnie nie zgodne z prawdą, wyssane z palca i godne pożałowania. Kiedy zaczęłam czytać to "dzieło" zastanawiałam się, czy to nie jest błąd drukarski, ale chyba nie...
Nie chcę więcej się na ten temat rozpisywać, ponieważ wiem, że książka ma swoich przeciwników, ale także zwolenników (których ja nie rozumiem). Sami musicie się przekonać czy wam się spodoba, bo to jest tylko moja opinia. Tylko jak będziecie sobie chcieli wydłubać oczy to nie przychodźcie z płaczem do mnie, ba ja tego nie polecam...

załamany Zmarzluch

poniedziałek, 27 lipca 2015

Prawda nie jest tutaj ważna...

Hej ho!
Tak, tak wróciłam...
No i mam dla was wspaniały przepis na wakacje i recenzje świetnej książki, której niestety nie doczytałam...
No to zacznę od przepisu:
1. Zaplanuj zrobienie czegoś szalonego (zafarbuj włosy, zrób sobie w końcu kolczyk w nosie i nie zastanawiaj się co pomyślą inni)
2. Zacznij zdobywać informacje na temat kosztów (najdź farbę, salon, w którym macie sobie przebić nos)
3. Idź do sprawdzonego przez znajomą salonu i dowiedz się o co chodzi i jak... (oczywiście idź na nogach)
4. Później znajdź ławkę i obgadaj wakacje z ową koleżanką.
5. Wróć do domu, zacznij dziwnie się czuć, ale olej to i jedź na działkę i graj w badmintona.
6. Nabaw się wspaniałego udaru cieplnego i czuj się jak jakiś przeżarty przez potwora śmieć.
No, wspaniałe wakacje!
A teraz przejdźmy do książki.
 Cóż może zawartość tego bloga tego nie odzwierciedla, ale, cóż kocham fantastykę i można powiedzieć, że jestem iście nerdowską dziewczyną albo, że niezły ze mnie zapaleniec...
I właśnie w tym klimacie będzie recenzowana przeze mnie książka.
Kochacie trudne do wymówienia imiona, zaklęcia, długie wyprawy, magiczne postacie, tajne bractwa i tak dalej to będzie to książka dla was.
A mianowicie "Ani słowa prawdy". Poznajcie Arivalda, czyli nie do końca czarodzieja.
Bo jak można nazwać zwykłego człowieka, który przywłaszczył sobie magiczne artefakty zmarłego maga i zaczął ich używać? 
Jednak był na tyle mądry by podejmować odpowiednie decyzje i przy okazji stać się prawdziwym Mistrzem Magicznym.
To, chyba, moje pierwsze spotkanie z Jackiem Piekarą  i mogę powiedzieć, że nie żałuję. "Ani słowa prawdy" to wspaniały zbiór opowieści o człowieku, który potrafi niesamowicie dobrze posługiwać się kłamstwem. Jednak nie jest w swym kłamstwie bezczelny. Przygody Arivalda podobały mi się, jednak nie przepadam za trudnymi imionami. No i jak już pisałam nie doczytałam przygód wspaniałego czarodzieja, ponieważ po pewnym czasie zaczęły mnie nużyć, a ja nie przepadam za nudą.
Jednak książka ma wiele plusów. Mianowicie, jest świetnie napisana, bardzo podobał mi się język, który posłużył się Piekara. Konstrukcja postaci i przygód jest wspaniała. No i wydanie, które miałam przyjemność czytać było pięknie zilustrowane, choć nie wiem, czy można tak powiedzieć o tych, które przedstawiały niektóre potwory... Niestety znalazłam tylko jedną, a do tego nie całą ilustrację, ale uważam, że to wspaniały przedsmak.
Cóż mnie się książka podobała, choć przeczytałam tylko do połowy. Może niegdyś powrócę i przeczytam do końca przygody dzielnego i jakże kłamliwego Arivalda z Wybrzeża.
Cóż to tylko moja opinia. Sami przeczytajcie i sami się przekonajcie.

magiczny Zmarzluch